Dziś o trójce zapomnianych poetów.
Pierwszą przedstawię Zuzanne Ginczankę. O tej autorce wspominałam już przy moim pierwszym wpisie. Jej osoba i poezja były tematem mojej pracy licencjackiej. Moja miłość do tej poetki narodziła się jednak trochę wcześniej. Następny poeta to Christian Belwit-niezwykle interesująca osobowość. Ostatni dzisiaj-Stanisław Czycz to poeta kontrowersyjny i nietypowy. Zatem ad rem:
Zuzanna Ginczanka
to osoba konsekwentnie pomijana przez większość polskich syntez
literackich. Zginęła śmiercią przedwczesną, w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu
lat. W dwudziestoleciu międzywojennym zyskała chwilową popularność, jednak już
po wojnie słuch o niej zaginął. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych,
badaczka Izolda Kiec podjęła się stworzenia monografii poetki. Nieco później Zuzanną
Ginczanką zajęła się inna badaczka – Agata Araszkiewicz. Informacje, które
przedstawiły obie znawczynie literatury, to największe źródła wiadomości o
poetce. Pomijając krótkie wzmianki obecne w leksykonach i prasie, a także
informacje przekazywane ustnie przez znajomych poetki, nie ma innych istotnych
źródeł przedstawiających życie i twórczość tej poetki.
![]() |
| Zuzanna Ginczanka |
Biografia
Zuzanny Ginczanki to gawęda tragiczna,
przepełniona melancholią pieśń straconych nadziei i zmagania się z własnym
pochodzeniem. Poezja poetki to ciągłe oczekiwanie i lęk, a także podwójna walka
z wyobcowaniem i dyskryminacją jej postaci, a także jako kobiety piszącej i Żydówki.
Naprawdę
nazywała się Zuzanna Polina Gincburg. Urodziła się 15 marca 1917 r. w Kijowie. Rodzice
poetki: Cecylia i Szymon Gincburgowie poznali się w Rosji, a w 1917 roku
osiedlili się na Kresach, w Równem Wołyńskim. Mieszkała tam i prowadziła swój
sklepik modowy matka Cecylii, Klara Sandberg. Zuzanna
była jedynaczką. Małżeństwo rodziców poetki okazało się nietrwałe, wskutek
czego małą Sanę wychowywała babcia. Ojciec – reżyser i aktor teatralny, wyjechał do Berlina, a
matka wyszła powtórnie za mąż, za czeskiego piwowara; zmieniła nazwisko na Roth
i wyjechała do Pampeluny.
Ginczanka pochodziła z rodziny tzw.
litwaków, czyli zasymilowanych Żydów przybyłych z terenów Rosji. W jej domu
używało się języka rosyjskiego, bo takim posługiwała się babka Zuzanny. Jednak
spośród czterech rówieńskich gimnazjów: żydowskiego, rosyjskiego, ukraińskiego
i polskiego, poetka wybrała to ostatnie.
Sana,
wychowywana przez babkę, zajmowała pokój nad sklepem będącym połączeniem składu
aptecznego i magazynu kolonialnego. Cały czas gdzieś znikała, ciągle wymykała się
bliskim. Od czwartego roku życia układała rymowanki. Wiersze zaczęła pisać już
w wieku 10 lat. O swym miasteczku rodzinnym pisała:
moje malutkie miasto ma uliczek zbyt mało,
(nie ma takiej jednej, by się dwoje spotkało)
Miasteczko
rodzinne Ginczanki przesiąknięte było nudą, a życie toczyło się w nim bardzo
powoli. Wychowanie pozbawione matczynej miłości sprawiło, że Zuzanna przez cały
czas wyglądała na nieobecną, wiecznie zamyśloną, za czymś tęskniącą. W
rówieńskim gimnazjum Ginczanka zawarła pierwsze przyjaźnie – z Blumką Fradis,
Izaakiem Gasko i Marią Brandysową. Ta ostatnia pamięta ją doskonale przebraną za
anioła, w którego stroju klęczała na wystawie sklepu babki, pełniąc rolę żywej
marionetki.
Zuzanna wychowywana przez Klarę
Sandberg, która była bardzo postawną, silną kobietą, nie zaznała miłości, ani
rodzinnego ciepła. Jej babka, według opowieści przyjaciół poetki, była kobietą
surową i oschłą. Swoją matkę Ginczanka spotkała jeszcze tylko raz. W roku 1930,
Cecylia Roth przyjechała w odwiedziny do Równego. Spacerowała wówczas wraz z
córką ulicami miasta, jednak było widać, że są sobie dalekie. To było ich
ostatnie w życiu spotkanie. Po paru latach od ostatniego spotkania z matką,
Ginczanka twierdziła, że zupełnie o niej zapomniała i co więcej – wcale jej nie
potrzebuje.
Talent, wrażliwość i niecodzienne
spojrzenie na świat, cechowały poetkę już od lat dziecięcych. W wieku 14 lat
wydrukowała w gazetce szkolnej, którą redagował Czesław Janczarski, swój wiersz
pt. Uczta wakacyjna. Trzy lata
później, w 1934 roku, otrzymała wyróżnienie w konkursie poetyckim. Zuzanna już
w Równem interesowała się polskim życiem literackim swojej epoki. Prenumerowała
„Wiadomości Literackie” i „Skamandra”, znała poetów, którzy mieszkali w Równem
– Jana Śpiewaka i Józefa Łobodowskiego. Ten drugi, poznał poetkę w 1933 roku –
powtarzała ona wówczas siódmą klasę, z powodu kłopotów z matematyką. W 1935
roku Ginczanka zdała maturę, spędziła wakacje nad Bałtykiem, a we wrześniu
przeniosła się do stolicy.
Przyjazd do Warszawy Sana
zawdzięczała Julianowi Tuwimowi, któremu już od szesnastego roku życia posyłała
swe wiersze. Zyskała jego uznanie. Popularny Skamandryta stał się patronem
młodziutkiej poetki. Wyjazd z rodzinnego miasteczka i zamieszkanie w stolicy to
nowy etap w życiu Ginczanki. Podjęła studia pedagogiczne na Uniwersytecie
Warszawskim i aktywnie uczestniczyła w tamtejszym życiu artystyczno –
literackim.
Bez problemu Ginczanka dostała pracę
w „Wiadomości Literackich” i wznowionym „Skamandrze”. Dzięki protekcji Tuwima, drzwi do
redakcji Grydzewskiego stały przed Zuzanną otworem. W roku 1936 poetka rozpoczęła
pracę w satyrycznym piśmie „Szpilki”. Był to okres w jej życiu, w którym
zawarła wiele przyjaźni, między innymi z Erykiem Lipińskim i Andrzejem
Nowickim. W tym samym roku ukazał się jej pierwszy, a zarazem jedyny wydany za
życia tomik poezji „O centaurach”.
Ginczanka
obracała się towarzystwie wielu znanych artystów. Była pierwszą damą przy
stoliku Gombrowicza w „Zodiaku”, często widywano ją w „Małej Ziemiańskiej” w
towarzystwie Juliana Tuwima, Józefa Łobodowskiego czy redaktorów „Cyrulika
Warszawskiego” – Andrzeja Nowickiego, Tadeusza Wittlina, Mariana Hemara czy Światopełka
Karpińskiego.
Ginczanka miała charakterystyczną,
rzucającą się w oczy urodę. Zuzanna była wyjątkową pięknością. Miała jedno oko
niebieskie, drugie zielone, długie czarne włosy, oliwkową cerę i bardzo zgrabną
figurę. Uroda była dla niej przekleństwem, gdyż zdradzała żydowskie
pochodzenie. Sana nosiła twarz obcej. Z powodu niecodziennego wyglądu, w poetce
kochało się bardzo wielu mężczyzn. Jak wspomina Tadeusz Wittlin,
Ginczanka co chwila odrzucała zaloty jakiegoś mężczyzny. Wskutek takiego postępowania
została okrzyknięta przez Eryka Lipińskiego „Cnotliwą Zuzanną”.
Mimo licznych przyjaźni zawartych w
stolicy poetka nie potrafiła być pogodna, optymistycznie nastawiona do życia.
Ciągle wydawała się zamyślona, tęskniąca, czegoś poszukująca. Nie znalazła też
miłości, której, o czym świadczą jej wiersze, tak bardzo pragnęła. W Warszawie
miała wiele problemów. Nadmiar adoratorów nie był z nich największy. Ginczanka
musiała walczyć o pozycję w redakcji „Szpilek”, w której była jedyną kobietą.
Ale nie były to problemy nie do zwalczenia. Najtrudniejsze okres w życiu
dopiero nadchodził…
Pod koniec lat trzydziestych, kiedy
zaczęły się prześladowania Żydów, Zuzanna wróciła do dziadków w Równem.
Wcześniej jednak musiała przebrnąć przez sesję letnią na studiach. Uniwersytet
Warszawski był już wówczas opanowany przez antysemitów, zaczęły się masowe
usuwania profesorów pochodzenia żydowskiego, a dla studentów o semickiej krwi
wydzielono specjalne ławki. Ginczanka czuła, że nie jest tam bezpieczna.
Po wybuchu wojny poetka nie wróciła
do Warszawy. Po wakacjach w Równem wyjechała do Lwowa. Zamieszkała przy ulicy
Jabłonowskich 8 a. Aby się jakoś utrzymać pracowała jako pomoc buchaltera, w
biurze uzdrowiskowym. Niedługo
potem rozpoczął się prawdziwy dramat Zuzanny. Ziścił się koszmar, którego tak
bardzo się obawiała, spełnienie jej wewnętrznych lęków. W jej życiu rozpoczął
się los Żydówki-tułaczki, Żydówki, ukrywającej się przed zagładą.
Po przejęciu Lwowa przez Niemców, w
1941 roku, miejsce pobytu Zuzanny zdradza Niemcom jej sąsiadka, Chominowa, o której
napisze później w swym najbardziej znanym wierszu, Non omnis moriar: „Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera”.
Niespodziewanie
i z niewiadomych przyczyn Zuzanna wyszła za mąż za Michała Weinzihera, krytyka
sztuki. Gdy we Lwowie powstało getto, przerażona poetka uciekła w okolice
Krakowa, przedstawiając się jako Ormianka Marysia. Rok 1943 to dla Ginczanki
czas ukrywania. Z powodu ciągłego strachu i obaw o zdradę swego pochodzenia,
poetka bardzo wychudła, a jej oczy stały się jeszcze bardziej smutne i
tęskniące.
To etap kiedy Zuzanna bardzo dużo
pisała. Zamieszkiwała pokój obok pokoju męża. To małe pomieszczenie było w
wiecznym nieładzie, ciągle zagracone. Poetka spędzała całe dnie w pościeli.
Kryjówka była jednak jej ostoją i oazą twórczości. Najczęściej odwiedzał ją tam
Janusz Woźniakowski – kochanek Ginczanki. To właśnie on dbał o to
bezpieczeństwo Zuzanny i jej męża.
Ukrywając się w Swoszowicach pod
Krakowem, Zuzanna spotkała przyjaciółkę z dzieciństwa – wiecznie zawstydzoną i
cichą Blumkę Fradis. Ukrywała się ona pod imieniem Bożenka i od czasu spotkania
stała się częstym gościem w kryjówce poetki. Niedługo potem Janusz Woźniakowski
został aresztowany w ulicznej łapance. Mężczyzna, który zapewniał jej
największe bezpieczeństwo, stał się teraz jej zgubą. Zrozpaczony Woźniakowski
wysyłał do przyjaciół grypsy, które zamiast ocalić poetkę, zdradziły jej
miejsce ukrycia.
Zuzanna i Blumka zostają aresztowane
razem. Podczas
śledztwa poetka jest bardzo dzielna. Nawet gdy gestapowcy wyrywają jej piękne,
czarne włosy, nie zdradza swojego pochodzenia. Blumka pod wpływem tortur,
wydaje je obie. To sprowadza na kobiety jednoznaczny wyrok. Ginczanka wraz z
przyjaciółką zostają rozstrzelane razem, na wzgórzu w Płaszowie. Jest rok 1944.
Zuzanna Ginczanka, poetka – melancholiczka, poetka – emancypantka, kobieta i
żydówka, przewidziała swój los. Miała 27 lat.
(fragment mojej pracy licencjackiej)
Wiersze:
Uwagi o osobach
trzecich
W razie niebezpieczeństwa pociągnąć
hamulec. Winny zahamowania pociągu bez
uzasadnionej przyczyny, odpowiada za
szkody wysządzone kolei i osobom trzecim.
W
przedziałach drugiej i trzeciej klasy
Jeżdżą
po świecie
Nieokreślone
Bliżej Nieznane
Osoby
Trzecie,
Jeżdzą
i jeżdzą, jeżdzą i jeżdzą
Przez
całe życie,
Zawsze
te same, tylko przebrane
Najrozmaiciej.
Mają
fałszywe puste bagaże,
Kufry
i paki,
Noszą
peruki i plują często,
Dla
niepoznaki.
Czasem
wyjmują podróżne ksiązki
I
czekoladki.
To
nie są ksiązki. Uwaga. To są
Tylko
okładki.
W
okładkach leżą chustki do nosa
Popelinowe.
A
czekoladki są najzwyczajniej
Plastelinowe.
Patrza
i węszą – a mają na to
Swoje
powody:
Bliżej
Nieznane Osoby Trzecie
Ponoszą
szkody.
Na
to są tylko, jak mi wiadomo,
Ustanowione.
Któż
by ponosił ? Któż by chciał ponieść
Gdyby
nie one ?
Więc
nęca chtrze, więc namawiają,
Więc
podsuwają,
Palcem
wskazują, trącają łokciem,
Oczkiem
mrugają
Aż
ktoś nie strzyma i musi owej
Pokusie
ulec,
Wstaje
niebacznie i nieopatrznie
Zrywa
hamulec
Wtedy
wyjmują naszykowane
Z
góry dowody,
Że
z opóźnienia tego pociągu
Wynikną
szkody
I
wykazują tykając palcem
Na
dokumentach
Że
się należa takie a takie
Im
alimenta
Potem
zmieniają w nocy peruki
Getry
i cienie
I
cyk – z wagonu, i cyk – z pociągu
Niepostrzeżenie
Bez
kufrów złażą na jakiś peron
Nie
oświetlony
I
giną tam, gdzie „Osobom trzecim
Jest
wstęp wzbroniony”
A
tam już mają swoje tajemne
Na
to sposoby
Żeby
się zmienić w powszechnie wszystkim
Znane
osoby, –
Mają
wiadome wszystkim zajęcia
I
znane twarze,
Ale
już znowu
Szykuja
sobie
Puste
bagaże.
Dziewictwo
My...
Chaos leszczyn rozchełstanych po deszczu
pachnie tłustych orzechów miazgą,
krowy rodzą w parnym powietrzu
po oborach płonących jak gwiazdy. -
O porzeczki i zboża źrałe
soczystości wzbierająca w wylew,
o wilczyce karmiące małe,
oczy wilczyc słodkie jak lilie!
Ścieka żywic miodna pasieczność,
wymię kozie ciąży jak dynia -
- płynie białe mleko jak wieczność
w macierzyńskiej piersi świątyniach.
A my...
...w hermetycznych
jak stalowy termos
sześcianikach tapet brzoskwiniowych
uwikłane po szyję w sukienki
prowadzimy
kulturalne
rozmowy.
Kobieta
Szukam w myśli warg męskich, by ramion go skuć oplotem,
gdy w dusznej bezsenności sekundy wybija szloch -
- a teraz zaciśnij usta i chłodno, twardo mnie potęp:
oto masz moje noce, gołe, wyłuskane jak groch.
We dnie chcę głód rozbudzać ręki cielistym dotykiem
znam już tę mękę: odczuć tętnic najkrwistszy rdzeń
- a teraz odwróć oczy i babą mnie okrzyknij:
oto masz prawd obnażonych mój desperacki dzień.
Spotkany przechodni wzrok serce rozsadza jak drożdże
(blady, dzienny półksiężyc przekleństwa mego strzegł)
- zrozum, że to jest zew dzieci czerwone rodzić:
oto jest moja świętość i oto jest mój grzech
CHRISTIAN BELWIT
![]() |
| Christian Belwit www.belwit.oryt.bieszczady.pl |
Właściwie nazywał się Witold Beliński. Urodził się 18 marca 1956 roku. Był poetą i bardem, pochodził z Wrocławia. Występował przede wszystkim na festiwalach poezji śpiewanej, grał i śpiewał swoje utwory.Przywołam wspomnienie Stanisława Srokowskiego:
Grał na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie piosenki. Rzadko zresztą występował. Stronił od wszelkiej wrzawy literackiej. Stał z boku. Nie mieszał się do żadnych sporów, intryg, ani gier towarzyskich. Te rzeczy były mu obce, brzydził się nimi. Prowadził swoje tajemnicze życie gdzieś poza obrzeżami wielkich artystycznych prądów. Ale pisał pięknie i mądrze. I miał wielu sekretnych zwolenników, tworząc z biegiem czasu piękną, jakby ukrytą legendę, pociągając za sobą i swoim wolnym życiem wielu młodych poetów, wśród których niemałą grupę stanowili uczniowie szkół średnich i studenci. W strofach jego kryje się duże piękno i dramat jego życia.(...)
Uwielbiał Wojaczka i poświęcał mu swoje strofy. Prowadził też podobny tryb życia. Jego poezja ginęła wśród bełkotu, błyskotek i chaosu myśli współczesnych młodych wierszopisarzy. Nie wygrywał konkursów, bo nie umiał się kłaniać bożkom lokalnego areopagu. Zginął nierozpoznany, zagubiony, samotny. A jego pogrzeb, przebiegający niemal w utajnieniu, stał się manifestacją przyjaźni. Zjawili się ci, którzy mu uwierzyli, którzy poznali się na tym, co pisał. Stał się poetą wyklętym, odrzuconym. Taki bywa los poetów ważnych.
Dzięki pomocy Srokowskiego w 2000 roku został wydany jedyny poetycki tomik Belwita "Pierwszy i ostatni". Widold Beliński zmarł 26 lipca 2003 roku.
WIERSZE:
* * * (plastikowa łódka)
plastikowa łódka
płynie w ciepłej wodzie
zakręcam kurek
na dnie wanny
leży załoga
Kozy się snują po szosie,
Samochody śpią na drzewach,
A sierotka Marysia na krzaku jabłoni dojrzewa.
Baby z cycami nie na wierzchu,
Rosną na krzakach ziemniaków,
A ja sobie tak śpiewam, no bo już jestem taki…
Ogień jak słońce, baba na łące,
Tłusta kapusta i kiełbasa na golasa,
Po półmisku sobie hasa .
Sikałem dudniąc głośno,
W zegar na cyferblacie,
A kiedy dobrze poszło to uśmiechnąłem się, znacie?
Wymuczałem piosenkę,
Wybączyłem w niej słowa,
No i zauważyłem, że mi się refren schował.
Ogień jak słońce, baba na łące…
A pewnie Pan w tym mieście,
Ciągle spadał z konia,
Przesiadł się więc na żabę, uzdę trzyma w dłoniach.
Półsiedząc i półwisząc,
Leżał na ścianie,
Jadł mięso baranie czekając na świtanie.
Poeta urodził się 6 kwietnia 1929 roku w byłym Gwoźdźcu koło Krzeszowic. Uważany za jednego z najbardziej oryginalnych polskich pisarzy, jednak mimo to niesłusznie pomijany.
(***kozy się snują po szosie)
Kozy się snują po szosie,
Samochody śpią na drzewach,
A sierotka Marysia na krzaku jabłoni dojrzewa.
Baby z cycami nie na wierzchu,
Rosną na krzakach ziemniaków,
A ja sobie tak śpiewam, no bo już jestem taki…
Ogień jak słońce, baba na łące,
Tłusta kapusta i kiełbasa na golasa,
Po półmisku sobie hasa .
Sikałem dudniąc głośno,
W zegar na cyferblacie,
A kiedy dobrze poszło to uśmiechnąłem się, znacie?
Wymuczałem piosenkę,
Wybączyłem w niej słowa,
No i zauważyłem, że mi się refren schował.
Ogień jak słońce, baba na łące…
A pewnie Pan w tym mieście,
Ciągle spadał z konia,
Przesiadł się więc na żabę, uzdę trzyma w dłoniach.
Półsiedząc i półwisząc,
Leżał na ścianie,
Jadł mięso baranie czekając na świtanie.
STANISŁAW CZYCZ
![]() |
| Stanisław Czycz fot. Elżbieta Lampp |
Do literatury wszedł skandalem: chcąc zapisać się do Związku Literatów Polskich przyniósł zakazane wówczas wiersze Miłosza, które przedstawił jako swoje. Po raz pierwszy jego wiersz opublikował Andrzej Bursa w "Od A do Z". Jak pisze Leszek Bugajski:
Jego życie i kariera utkane były z paradoksów. Był pisarzem szukającym nowego języka dla literatury, tworzył utwory trudne w lekturze i „zakręcone".
Twórczość poetycka Czycza utrzymana jest w tonie katastroficzno-wizyjnym. Bohaterowie jego prozy to często jednostki zbuntowane przeciw konwenansom i ustalonym obyczajom. Największy rozgłos przyniosło mu poświęcone Bursie opowiadanie And ze zbioru Ajol (1967), pierwotnie opublikowane w kwietniowym numerze Twórczości z roku 1961.
Od lat wygrywa wszelkie konkursy na najbardziej niesłusznie zapomnianego twórcę, świadomie zrezygnował z literackiej kariery, wiele zrobił, by o nim zapomniano. Był zawsze poza wszelkimi układami środowiskowymi, a ciężka choroba (łuszczyca), na którą przez wiele lat cierpiał przyczyniła się do jego izolacji od świata.
Stanisław Czycz zmarł 29 czerwca 1996 roku w Krakowie.
WIERSZE:
Śpiąca w księżycu
Jaki jest kolor malin w księżycu
ust.
Kolor rozgniecionych malin na ustach
Brwi czarne długie włosy
Twarz odurzona upojona zasłuchana w pełnię
(to są maleńkie srebrne dzwonki
czyste błyszczące dźwiękliwie jak rosa)
twarz dalejącej schowanej w śnie jak w przejrzystym morzu
we falach oddechów które nadają jej ruchomość
jak fale rzeki białym na dnie kamieniem
pogrążają przeświecają coraz słabiej przez sen przez światło nocy
jak tonąca szklana meduza
i słyszę pluski fal
czy kropli światła z drzew przez liście
na trawie białe plamy
słyszę
czy długie srebrne trąbki z głębokiego nieba
trąbki stłumione głośniejące szybko rosnące nagle wielkie
trąby chrypiący w blasze Wagner
syrena okrętowa słyszana w lesie nad portem
syrena okrętu odpływającego czy tonącego
T o c h m u r a u d e r z a o k s i ę ż y c
ciemniejesz
marmurowa
spadasz na dno
Cholera po co mnie budzisz czemuś uchylił ten namiot co chcesz
mało ci jeszcze było za te parę flach wina
Ale mnie mdli po tych malinach
oooch cholera
Marzenie miłosne
Zabawy których nie znacie
Bo mimo wszystko
czasem
na moment
nagle jakby brak mi powodów
do mojej nieustającej radości
Wtedy w smutku jak w zaćmieniu
pozwalam przychodzić jaśniejącej
Gdy już nie mogę inaczej wyjść z nagłych przygasań
pozwalam ci przychodzić Inka
I wstaje słońce
Jego gorące fale
stulasz w złote objęcia rąk
w całujące usta
powoli
uśmiechasz się
nagle
uśmiechasz się.
W i d z ę c z e r w o n e z ę b y
jakieś miękkie zęby poruszające się w oddechach
widzę
To jest nawet dość ładne
ale
walę pięścią w twarz w zęby
kopię
i
krztuszę się w tych kopnięciach pluję krwią
i szczerzę wyłamywane oddechami zęby
śmieję się
I pozwalam ci przychodzić Inka
____________________________
Dziś to już wszystko, pozdrawiam Was ciepło,
A.


